Turystyka medyczna “Tylko dla Orłów”?

Jarosław Szycik ‐ 9 czerwca 2017

Artykuł ukazał się w II wydaniu “Magazynu Vivadental-Technologie dla Zdrowia i Piękna”

Turystyka medyczna to obszar mający niewyobrażalny potencjał, nie tylko dla biznesu, ale dla całego systemu społeczno-gospodarczego. Wydatki na leczenie, rozumiane także jako rehabilitacyjne i prozdrowotne nieustannie rosną. Zwiększa się komfort życia, żyjemy dłużej, chcemy jak najdłużej zachować młody wygląd. Jednocześnie spada liczba urodzeń i utrzymuje się niż demograficzny.  Społeczeństwo europejskie starzeje się w zastraszającym tempie i wygląda na to, że już za niedługi czas, być może jednego pokolenia, połowa z nas będzie miała więcej niż 60 lat. Będą więc rosły potrzeby związane zarówno ze zdrowiem, jak i z estetyką. Doświadczamy tego w naszym kraju już obecnie. W sytuacji, w której od lat rośnie popyt na zabiegi refundowane, co jest skutkiem wzrostu zachorowań, szczególnie na choroby cywilizacyjne, jednocześnie coraz popularniejsze stają się zabiegi z zakresu medycyny estetycznej. Publiczna służba zdrowia od dawna już nie nadąża za potrzebami pacjentów, a uwarunkowania prawne ograniczają do niej dostęp tym, którzy chcą za leczenie zapłacić. Także pacjentom z zagranicy. Wydaje się, że gorzej być nie może. W tym ciągłym spadku, system ochrony zdrowia wciąż otwiera się dla rozwiązań komercyjnych, którymi rządzą prawa wolnego rynku. Tym bardziej, że silnie zarysowana tendencja wzrostu popytu, utrzyma się raczej przez długie lata, żeby nie powiedzieć zawsze. Nie tylko w Polsce, ale w całej Europie.

W medycynę warto inwestować.

Z jednej strony to wyzwanie dla rodzimej służby zdrowia w odniesieniu do spełniania przypisanej społecznie funkcji. Przede wszystkim jednak  stoimy przed szansą rozwoju prywatnego sektora usług medycznych i ożywienia gospodarczego, jakiego dotąd nie było. Wysoki potencjał pierwotnych wydatków na leczenie, generuje bowiem cały szereg wtórnych efektów w całej gospodarce, przekładających się dosłownie na wszystko. Należą do nich wydatki na podróże, pobyt, wyżywienie, rozrywkę, kulturę, sztukę, różnego rodzaju usługi towarzyszące. Generuje to wzrost zatrudnienia, produkcji i handlu, a przez to wzrost PKB. Z takiej turystycznej dźwigni ?wakacyjnej? korzystają Włochy, Austria, czy Hiszpania.

Turystyka medyczna

może stać się macierzą naszego rozwoju. I choć słychać o niej coraz głośniej, w ostatnich latach stała się tylko sloganem, pustym jak wydmuszka. Wprawdzie w skali mikro zainteresowani osiągają pewne korzyści, ale odnosząc się do potencjału jakim dziś dysponują mikro i małe przedsiębiorstwa, a także szpitale, należałoby je określić jako połowiczne. Skala makro ?żeruje? na osiągnięciach indywidualnych graczy. Klastry i doliny co rusz odbywają spotkania, realizują jakieś ?wielkie? projekty, grupują przedsiębiorców i ściągają kasę. Ci co płacą, cieszą się, jak dzieci czekające na lizaka, że zaraz spadnie jakaś gwiazdka z nieba i co dzień z lotniska przyjeżdżać będzie autobus pacjentów.

Gdzie są ci pacjenci?

Zostają w domu, bo nic o nas nie wiedzą. Regionalne urzędy robią co mogą. Organizacje turystyczne również wykazują pewną aktywność. Są i tu, i tam, obstawiają targi, dni kultury polskiej, etc. Wydają mnóstwo pieniędzy.  Coś niby się dzieje.  Na razie jednak stoimy w miejscu. Jakoś na tym oceanie nikt nas nie zatopi, ale przecież nie o to chodzi. Kijkiem daleko nie powiosłujemy.

A w naszych hotelach?

gości pełen wysyp, więc większości hotelarzy nie zależy, aby w czasie hossy wspierać cenne inicjatywy zorientowane na ściąganie tych samych i kolejnych turystów, także w okresie posezonowym i przez cały rok. Na leczenie. Wcześniej ich to nie interesowało, dlaczego teraz ma? To nieodpowiedzialna krótkowzroczność. Dzisiaj nie czas zachłystywać się wynikami. Trzeba dostrzec  utracone szanse, zidentyfikować nisze i nie zapominać, że właśnie teraz budujemy swoją przyszłość.

Wiele dymu, ale ogniska nie widać

bo ciągle brakuje przemyślanych, długofalowych działań. W każdym biznesie pozycja na zasadzie ?wystarczy być? nie wróży sukcesu. Powstają kolejne strony internetowe w językach obcych, powstają portale mające ściągać pacjentów. I jeszcze te klastry, doliny i kto co tam jeszcze wymyśli, żeby załapać się na jakieś dofinansowanie. Kto z tych portali przyjeżdża? Nikt, albo ktoś, kto przypadkowo nadział się na jakąś stronę i zaryzykował. W każdym razie w większości rządzi tu czysty przypadek. Towar na internecie, to tylko pewna oferta, jak pudełka w sklepie. Każda zaś oferta wymaga czegoś, o czym w sumie dobrze wie każdy z nas. Promocji. Nie promując samego sklepu, pudełka szybko zajdą kurzem. I nic z tego nie będzie. Bo najważniejsza jest sprzedaż, rozumiana oczywiście jako lepsza niż gdzie indziej realizacja potrzeb nabywców, tych obecnych i przyszłych.

Gdańskie Lotnisko

szybko okazało się zbyt małe, więc w końcu, po wielu latach oczekiwania,  rozbudowano je. I już przekroczyliśmy 4 mln pasażerów. Dlaczego tak długo czekaliśmy z tą inwestycją? Ten czas to wiele utraconych szans i opóźniony rozwój. Kopenhaga obsługuje dziś 20 mln pasażerów, więc pewnie gdzieś w naszych skromnych marzeniach rodzi się plan na 8 mln, choćby na sam początek? Ale czy jak zwykle ma się on zasadzać na coraz tańszych przewoźnikach, zmniejszeniu bagażu podręcznego do rozmiaru portmonetki? Czy mamy wciąż szukać amatorów przelotu za cenę biletu do kina? Czy nie czas na stworzenie mechanizmów makroekonomicznych, które zaktywizują i zdywersyfikują turystykę? Być może będzie nim specjalny program pod kryptonimem ??. przygotowany przez Urząd Marszałkowski Województwa Pomorskiego. Zobaczymy?

Na razie drepczemy w miejscu, zamiast zrobić wielki skok do przyszłości. Nie po 8, ale po te 20 mln pasażerów. Bo nasze lotnisko to skądinąd dobry przykład jednostkowej inicjatywy, ale o kluczowym znaczeniu dla całego regionu. Większa liczba odwiedzających dała napęd na inwestycje. Popatrzmy, ile hoteli się zbudowało w ostatnich latach, ile przybyło miejsc noclegowych, przeróżnego rodzaju knajp, taksówek, czy kajaków na Motławie. A za tym poszły koncerty, festiwale, imprezy sportowe. Ściągają do nas światowe koncerny, aby tu w Trójmieście prowadzić swoje interesy.  Ilu ludzi znalazło zatrudnienie? I odnieśliśmy mały sukces. Rok ubiegły był pod tym względem wyjątkowy. Tak samo może być z ośrodkami medycznymi, zarówno tymi małymi, jak i szpitalami.

Stoimy przed wielką szansą

dywersyfikacji i rozwoju sektora medycznego i uzyskania w ten sposób nieprawdopodobnych efektów synergistycznych dla lokalnej gospodarki. Podobnie jak Włosi z turystyki wakacyjnej. Z resztą nie tylko. Czego brakuje? Polityki w skali makro. Przyjęcia za priorytet wykreowania  wśród społeczeństw europejskich mody na leczenie na Pomorzu i w Polsce. Budowania przewagi nie poprzez niższe ceny, bo to wygodna, ale mało wyszukana i najbardziej prymitywna droga. Prawdziwe wyzwanie to strategia przewagi poprzez wyższą jakość zarówno samego leczenia, jak i towarzyszącej jej atrakcyjnej oferty pobytowej. Promocji produktów, usług i wielowymiarowej atrakcyjności regionu. A mamy co zaoferować. Niższa na dzisiaj cena może być za to magnesem dla firm ubezpieczeniowych. Marketing i zarządzanie tak rozległym i wielosegmentowym projektem musi uwzględniać wśród lokalnych przedsiębiorstw nie tyle konieczność współdziałania i pewnej przychylności, bo to prawda oczywista. Ale specjalnych warunków wejścia w poszczególne obszary. Preferencji dla uczestników projektu i widzenia swoich lokalnych konkurentów, jako partnerów i stymulatorów własnego rozwoju.

Jest tylko jeden problem. Ktoś musi to wszystko ogarnąć, spoić ze sobą, wyznaczyć standardy, współdziałania dla dobra wspólnego dla osiągania indywidualnych korzyści.

Oferta medyczna

powinna być obecna nie tylko na powiązanych komunikacyjnie lotniskach, portach, dworcach, etc. Ale także u przewoźników oraz w hotelach, restauracjach i w e-przestrzeni. Szukając pacjentów na leczenie, otrzymamy klientów do hoteli, restauracji, taksówek. Taką ofertę trzeba najpierw stworzyć, ustalić kryteria, koszty uczestnictwa. Dzisiaj tracimy wielu pacjentów, bo po prostu o nas nie wiedzą. Jednocześnie przyjmujemy ich za i tak znacznie niższe stawki, lecz w warunkach niewspółmiernie lepszych, w których u siebie musieliby zapłacić wielokrotnie więcej. Poziom leczenia i wyposażenia naszych palcówek medycznych bije bowiem na głowę ich odpowiedniki w Wielkiej Brytanii, Norwegii, Francji, czy nawet w Niemczech i Szwecji. Wiemy to z obserwacji własnych oraz z opinii przyjeżdżających stamtąd pacjentów. Czasy się zmieniły, a w medycynie należymy dziś do światowej czołówki.

Potencjał polskich szpitali

jest praktycznie nie wykorzystany dla leczenia pacjentów komercyjnych, tak z zagranicy, jak i z Polski. Prawie wszystkie ograniczone są przez kluczowe dla swojego istnienia kontrakty z NFZ, uniemożliwiające wykorzystanie zasobów materialnych i osobowych poza funkcjonującym kontraktem. Jednocześnie coraz więcej szpitali dostrzega konieczność zmian w celu spełnienia najwyższych norm przyjmowania pacjentów-klientów. Jednak liderzy sami niczego nie zmienią, jeśli nie będzie sprzyjającej polityki. Wznieśmy się zatem nad te wszystkie przeszkody i polskie ?nie, bo nie?. Z lotu ptaka widać więcej, bo ta przestrzeń ?Tylko dla Orłów? przeznaczona jest właśnie dla nas. Stwórzmy warunki dla naszych lekarzy, aby swoimi umiejętnościami mogli umacniać lokalne biznesy i budować silną lokalną markę w światowej medycynie. Markę Pomorza.

Borys Szycik – Autor Projektu VivaVoyage
Dyrektor Działu Marketingu Vivadental

Mail: borys.szycik@vivavoyage.pl


Nawigacja po postach